Ten niedobry tłuszcz.

Powszechne jest przekonanie, że tłuszcze pochodzenia zwierzęcego są szkodliwe, a roślinne – zbawienne dla zdrowia. To groźne uproszczenie, ponieważ naturalne i zdrowe oleje mogą zmienić się w cichych zabójców.

Tłuszcze trans to izomery powstałe w wyniku uwodornienia (utwardzenia) olejów roślinnych. Same oleje roślinne są zdrowe, ale proces chemicznej obróbki powoduje, że zmieniają się ich właściwości i działanie na nasz organizm.

Utwardzanie przeprowadza się w celu zmiany konsystencji olejów z płynnej na stałą oraz zwiększenia ich trwałości (oleje roślinne są bardzo wrażliwe na światło i temperaturę). Tłuszcze trans są tanie, łatwo je przechowywać, zwiększają również walory smakowe produktów.

Skutki zdrowotne ich spożycia zostały potwierdzone wieloma naukowymi badaniami. Tłuszcze trans są wyjątkowo niebezpieczne, a konsekwencje, których możemy się spodziewać to m.in:

  • podwyższenie poziomu „złego” i obniżenie stężenia „dobrego” cholesterolu oraz zwiększenie stężenia trójglicerydów, a co za tym idzie – wzrost ryzyka chorób układu sercowo-naczyniowego (miażdżycy, choroby niedokrwiennej, zawału serca) i udaru mózgu;
  • zwiększenie masy ciała i przyrost tkanki tłuszczowej, przede wszystkim trzewnej (wewnątrzbrzusznej);
  • zmniejszenie wrażliwości tkanek na insulinę (insulinooporność) – większe ryzyko wystąpienia cukrzycy typu II;
  • obniżenie płodności (zaburzenia owulacji i zwiększenie ryzyka rozwoju endometriozy u kobiet, zmniejszenie ilości plemników u mężczyzn);
  • zwiększone ryzyko rozwoju nowotworów (zwłaszcza jelita, prostaty i piersi);
  • spadek odporności.

Gdzie znajdziemy tłuszcze trans? Lista przykładowych produktów:

  • twarde margaryny w kostkach;
  • pączki, faworki, frytki (są smażone na tłuszczach używanych wielokrotnie);
  • serki do smarowania, śmietanki do kawy w proszku;
  • słone przekąski (krakersy, paluszki, chipsy, chrupki);
  • torty, ciastka, wafelki, herbatniki, biszkopty, produkty czekoladowe;
  • zupy i sosy w proszku.

W Polsce producenci nie mają obowiązku informowania o zawartości tłuszczów trans na opakowaniach swoich produktów. Co prawda są zobowiązani do podawania zawartości tłuszczu ogółem, ale tylko kwasów nasyconych, jednonienasyconych, wielonienasyconych i cholesterolu (tłuszczów trans już nie). Dlatego będąc w sklepie, czytaj etykiety i nie kupuj produktów, które mają w składzie: „uwodorniony”, „częściowo uwodorniony” lub „utwardzony”. Im wyższą pozycję na liście zajmują te związki, tym wyższa ich zawartość w produkcie.

Reklamy

Słodki smak chorób

Świadomie unikamy produktów z cukrem, bo są niezdrowe, ale chętnie zastępujemy je tymi dosładzanymi syropem glukozowo-fruktozowym. Ponieważ większości z nas fruktoza kojarzy się z naturalnie występującym cukrem w miodzie i owocach – dodatek do żywności w formie podobnie brzmiącej substancji wydaje się być naturalny, a więc i nieszkodliwy. W rzeczywistości ten słodki syrop z naturą i zdrowiem niewiele ma wspólnego. Nieświadomość konsumencka jest tutaj największym zagrożeniem – syrop ten często nie zwraca naszej uwagi na etykiecie. A powinien.

Syrop glukozowo-fruktozowy (HFCS, syrop kukurydziany, izoglukoza) został wynaleziony w USA w latach 50 XX wieku, zaś w latach 70 wprowadzono go już do masowej produkcji. Syrop ten pozyskuje w wyniku skomplikowanego procesu technologicznego. Wytwarza się go z kukurydzy, która jest przetwarzana na skrobię kukurydzianą, a następnie z użyciem enzymów lub kwasów przerabiana na syrop, który zawiera 55% glukozy, 42% fruktozy i około 3% innych cukrów.

W porównaniu do cukrów pozyskiwanych z trzciny lub buraków jest stosunkowo tani i ma płynną postać, więc łatwiej go transportować i mieszać z innymi składnikami. Ponadto ma dłuższy termin przydatności i zwiększa atrakcyjność produktu przez poprawę konsystencji, aromatu i barwy.

Syrop glukozowo-fruktozowy jest wszechobecny. Można go znaleźć w jogurtach owocowych, lodach, napojach, dżemach, cukierkach, syropach, a nawet w keczupie, konserwach rybnych i gotowych sałatkach. Szczególnie niebezpieczne są zagęszczone soki owocowe, które wielu z nas z lubością dodaje do wody i herbat.

Dotychczasowe wyniki badań budzą niepokój i zalecają daleko idącą ostrożność w stosowaniu HFCS.

Spożywany nawet w niewielkich ilościach hamuje odczuwanie sytości, ponieważ nie podnosi jak inne cukry poziomu leptyny we krwi (jest to hormon produkowany przez tkankę tłuszczową – wysyła do mózgu informację o konieczności zaprzestania konsumpcji). Co gorsza – po spożyciu produktu bogatego w HFCS odczuwamy większy apetyt, ponieważ podnosi stężenie greliny, która potęguje uczucie głodu.

Fruktoza obecna w syropie kukurydzianym w organizmie człowieka ulega przemianom, w efekcie których powstają znaczne ilości substancji zwanej adenozynomonofosforanem, z której powstaje kwas moczowy. W wielu badaniach udowodniono, że dieta bogata w fruktozę sprzyja zwiększonej produkcji kwasu moczowego, co stwarza ryzyko powstawania kamieni nerkowych i rozwoju podagry (dny moczanowej).

Ponadto HFCS zwiększa ryzyko cukrzycy typu II, obniża poziom „dobrego” cholesterolu i nastawia organizm na produkcję tkanki tłuszczowej (zwłaszcza gromadzącej się wokół narządów wewnętrznych). Badacze z Uniwersytetu w Princetown odkryli, że po spożyciu HFCS odkładamy o wiele więcej tłuszczu (głównie w okolicach brzucha) niż po spożyciu jakiegokolwiek innego rodzaju cukru. W konsekwencji skutkuje to chorobami metabolicznymi, nadciśnieniem tętniczym oraz niealkoholowym stłuszczeniem wątroby.

Jedna szklanka napoju słodzonego syropem glukozowo-fruktozowym stanowi już całodobową dopuszczalną ilość cukrów prostych w diecie…

Na podsumowanie wyżej opisanych wywodów posłużę się moim ulubionym stwierdzeniem: czytajmy etykiety!

By niejadek zjadł obiadek…

Nakarmienie niejadka to prawdziwa sztuka. Płacz, krzyk i porozrzucane jedzenie to niestety codzienność dla wielu rodziców przekornych brzdąców. Chciałabym zaproponować Państwu kilka wskazówek, które mogą okazać się przydatne w tej „wojnie o każdy kęs” 😉

  1. Warto pamiętać, że dziecko przychodzi na świat wyposażone w instynkt pokarmowy, który nie pozwoli mu się zagłodzić – jeśli przez dłuższy czas dziecko nie będzie miało dostępu do preferowanych potraw – w końcu sięgnie po to, co jest w zasięgu ręki;
  2. Lekarze twierdzą, że nawet 3-dniowy zupełny post jest dla malucha całkowicie nieszkodliwy, o ile dostarcza się organizmowi płynów – nie ma więc powodu do niepokoju, jeśli dziecko odmawia jedzenia przez kilka godzin z rzędu;
  3. Główną przyczyną braku apetytu u dziecka może być zmuszanie go do jedzenia – posiłki stają się wówczas przeżyciem niemiłym, wręcz stresującym. Wtedy na sam widok sztućców dziecko może reagować zaciskaniem buzi (i pięści ;)),
  4. Nie zachęcajmy dziecka do konsumpcji zwrotami: „Jak zjesz marchewkę z groszkiem, to dostaniesz 2 batoniki”. Maluch będzie wtedy postrzegał to pierwsze jako „zło konieczne”, które trzeba odbębnić, by móc zasłużyć na „coś lepszego”;
  5. Nie można karać dziecka za niezjedzony posiłek ani straszyć go potencjalnymi konsekwencjami (np. „jak nie zjesz, to nie będziesz oglądać bajki”) – wtedy jedzenie będzie kojarzyło mu się z czymś przykrym. Jeszcze gorsza sytuacja będzie miała miejsce, gdy rodzic okaże się niekonsekwentny i pomimo niezjedzonego posiłku włączy bajkę – takie zachowania sprawiają, że jego autorytet prędzej czy później legnie w gruzach;
  6. Warto postarać się, żeby potrawy były kolorowe, ciekawie skomponowane i wyglądały zabawnie; szaro-bure papki na talerzu nie są dla dziecka zbyt atrakcyjne;
  7. Proponujmy dziecku mniejsze porcje. Talerz wypełniony po brzegi jarzynową zupą wcale nie zachęca do jedzenia, wręcz przeciwnie – może dziecko przytłoczyć i przestraszyć.;
  8. Dobrze jest zaangażować brzdąca w proces przygotowywania potraw – może myć owoce, mieszać sałatki i koktajle itd. – własnoręcznie przygotowanie posiłki smakują o wiele lepiej;
  9. Dajmy dziecku możliwość decydowania o tym, jaką potrawę chciałoby zjeść; możemy przedstawić 2-3 opcje, spośród których dziecko musi dokonać wyboru – ważne, żeby wśród tych opcji nie było potrawy, którą dziecko wyraźnie preferuje i je „na okrągło”. Alternatywa: „frytki albo zupa brokułowa” jest jak strzał w kolano;
  10. Warto dawać dziecku „nowe smaki” do przetestowania – wprowadzane nowości powinny być podobne kolorem, kształtem i smakiem do tych, które dziecko już zna i lubi;
  11. Zgódźmy się na drobne dziwactwa naszego malucha. Jeżeli koniecznie chce popijać zupę ogórkową sokiem jabłkowym, nie róbmy z tego problemu. Taka kombinacja wydaje się ekstrawagancka, ale przecież to tylko kwestia smaku (dziecko kieruje się tutaj często niezrozumiałą dla nas logiką ;)),
  12. Warto trzymać się stałych pór karmienia dziecka i unikać podawania mu przekąsek pomiędzy posiłkami – paluszki, pieczywo, a nawet soki owocowe mogą nasycić dziecko na długie godziny, przez co nie będzie chciało zjeść głównego posiłku;
  13. Nie używajmy podstępu i nie „przemycajmy” w potrawach rzeczy, których maluch nie lubi. Jeśli wykryje oszustwo, istnieje duża szansa, że obrzydzimy mu to, za czym dotychczas przepadał;
  14. Dajmy maluchowi czas. Wiele dzieci guzdrze się przy jedzeniu, jednak regularnie okazywane zniecierpliwienie i poganianie sprawiają, że wiele dzieci woli odłożyć sztućce „dla świętego spokoju” niż dokończyć porcję;
  15. Często powód odmowy jedzenia leży w psychice dziecka. Maluch, który czuje się samotny, odrzucony, krytykowany, żyje w stałym stresie i napięciu, może nie chcieć jeść, by wzbudzić zainteresowanie rodziców, ukarać ich lub wyrazić swoją frustrację. Jeśli podejrzewamy, że istotnie tak jest, nie wahajmy się i skorzystajmy z porady profesjonalisty.

Pij na zdrowie!

Dziś pochylę się nad jednym z moich ulubionych zagadnień – a mianowicie wezmę pod lupę różne rodzaje herbat. Każda z nich ma nieco inne właściwości i znalazła zastosowanie w zapobieganiu/leczeniu innych schorzeń. Starałam się zebrać kluczowe informacje i przedstawić je w skondensowanej formie. A więc… bierzemy kubek w dłonie i czytamy! 🙂

Herbata zielona i biała – będą scharakteryzowane razem, ponieważ ich działanie jest bardzo zbliżone, przy czym herbata biała jest szlachetniejsza i bogatsza w drogocenne składniki odżywcze. Do jej produkcji używane są wysuszone młode pąki i listki z samych szczytów herbacianych gałązek.

Obie herbaty  zawierają dużą ilość silnych antyutleniaczy, dzięki czemu chronią przed nowotworami, zwiększają odporność i opóźniają procesy starzenia się. Zawarta w nich teina pobudza i poprawia sprawność umysłową (zwiększa koncentrację, ułatwia uczenie się). Obie herbaty doskonale działają na układ krążenia – zmniejszają wchłanianie cholesterolu, zapobiegają tworzeniu się skrzepów w naczyniach krwionośnych i regulują ciśnienie. Ich właściwości docenią również osoby pragnące zrzucić kilka kilogramów, ponieważ zwiększają tempo przemiany materii, hamują wchłanianie tłuszczów z pożywienia i zmniejszają apetyt.

Sposób parzenia: 3-5 minut w temperaturze 75-85 stopni.

Herbata czarna  otrzymywana jest w wyniku czterech procesów – więdnięcia, skręcania, fermentacji i suszenia. Wiele osób myśli, że czarna herbata to marne pozostałości po zielonej i czerwonej siostrze. Jest co prawda uboższa w antyoksydanty, ale nie można odmówić jej prozdrowotnych właściwości.

Czarna herbata pobudza i odtruwa organizm, ułatwia trawienie, reguluje poziom cukru we krwi, obniża poziom cholesterolu, wzmacnia zęby i ma działanie odkażające – jest niezastąpiona przy zatruciach pokarmowych i grypie żołądkowej.

Sposób parzenia: 2-4 minuty w temperaturze 95-100 stopni.

Herbata czerwona Pu-erh pochodzi z tej samej rośliny co herbata czarna, ale zostaje poddana dodatkowemu procesowi fermentacji i leżakowania. Ma bardzo charakterystyczny ziemisty zapach i gorzki smak, przez co producenci często dodają do niej aromaty (zazwyczaj cytrusów).

Pu-erh nazywana bywa zabójcą tłuszczu, ponieważ znacząco ogranicza jego wchłanianie w jelitach. Badania prowadzone w paryskiej klinice dowiodły, że 88% pacjentów pijących regularnie tę herbatę straciło 3,2 kg do 10,8 kg w ciągu miesiąca. Pu-erh działa korzystnie na wątrobę, obniża poziom cholesterolu, oczyszcza organizm z toksyn i łagodzi skutki spożycia alkoholu. Jest bogata w przeciwutleniacze, działa przeciwbakteryjnie, zwiększa wydolność umysłową i fizyczną.

Sposób parzenia: 3 minuty w temperaturze 95 stopni.

Pomimo wielu korzystnych właściwości wyżej opisanych herbat, powinniśmy zachować umiar w ich spożywaniu*, ponieważ osłabiają wchłanianie żelaza, wypłukują wapń z organizmu i mogą wchodzić w interakcje z lekami.

*Autorka artykułu od 15 lat pije codziennie po jednej filiżance każdej z nich i wyniki badań ma wzorowe 🙂

Rooibos w dosłownym tłumaczeniu oznacza „czerwony krzew”. Występuje jedynie w południowej Afryce i nie udało się go wyhodować na innych terenach, dlatego jego uprawy są mocno ograniczone.

Rooibos jest bogaty w antyutleniacze, dzięki czemu wzmacnia odporność, obniża ryzyko zachorowania na nowotwory i opóźnia procesy starzenia się. Wyrównuje poziom glukozy we krwi, zwiększa wrażliwość tkanek na insulinę, poprawia wykorzystanie glukozy przez mięśnie. Dzięki właściwościom wykrztuśnym i rozszerzającym oskrzela znalazł zastosowanie w leczeniu chorób układu oddechowego (np. astmy). Działa osłonowo w przypadku zgagi i wrzodów żołądka, łagodzi mdłości i bóle brzucha. Zawarty w liściach Rooibosa kwas cynamonowy ma działanie przeciwbakteryjne i przeciwgrzybicze. Czerwonokrzew nie zawiera kofeiny, więc nadaje się dla dzieci i można pić go tuż przed snem.

Sposób parzenia: 4-5 minut w temperaturze 95 stopni.

Honeybush (miodokrzew afrykański) – ten młodszy krewniak Rooibosa swą nazwę zawdzięcza przyjemnemu miodowemu aromatowi i słodkawemu smakowi. Rośnie tylko w jednym miejscu na świecie (w okolicach Kapsztadu) i jak dotąd nikomu nie udało się założyć jego plantacji w innym rejonie.

Miodokrzew jest bogaty w przeciwutleniacze, miedź, potas, żelazo i wapń. Doskonale radzi sobie z problemami trawiennymi  i infekcjami (hamuje namnażanie bakterii), działa przeciwkaszlowo i rozkurczająco (nadaje się m.in. do zwalczania bólów menstruacyjnych), pomaga w utrzymaniu prawidłowego poziomu cukru we krwi. Jest bogaty w fitoestrogeny, dzięki czemu łagodzi objawy związane z menopauzą. Nie zawiera kofeiny, więc świetnie nadaje się dla dzieci.

Sposób parzenia: 10 minut w temperaturze 100 stopni.

Yerba-mate (ostrokrzew paragwajski) – często mówi się o niej, że jest lepszą alternatywą kawy, ponieważ doskonale pobudza i likwiduje objawy zmęczenia, przy czym nie podrażnia śluzówki żołądka. Liście mate zawierają ponad 200 składników, z czego najbardziej wartościowe są: polifenole (mają właściwości przeciwnowotworowe), ksantyny (działają pobudzająco), saponiny (substancje przeciwzapalne), składniki mineralne i witaminy (A, B1, B2).

Nie powinno się jednak wypijać więcej niż 1-2 filiżanki mate dziennie, ponieważ w naparze znajdują się także policykliczne węglowodory aromatyczne (są to substancje rakotwórcze, zawarte m.in. w dymie tytoniowym).

Sposób parzenia: zalewamy wodą o temperaturze 75-85 stopni, pozwalamy liściom opaść na dno. Kiedy wypijemy napar, możemy kilkakrotnie dolewać gorącej wody.

 

Jedzeniem w depresję.

Depresja to choroba, która nie wybiera. Może doświadczyć jej każdy – niezależnie od wieku, płci, miejsca zamieszkania, wykształcenia czy zasobności portfela. Odbiera optymizm, pozbawia radości życia, ograbia z energii. Nie jesteśmy jednak bezbronni, bo i w tym przypadku okazuje się, że JEDZENIE MA (WIELKIE) ZNACZENIE. Chciałabym przedstawić Państwu składniki pokarmowe i produkty, których działanie przeciwdepresyjne zostało potwierdzone wieloma rzetelnymi badaniami naukowymi.

Niacyna (witamina B3) – jest odpowiedzialna m.in. za prawidłowe funkcjonowanie mózgu i obwodowego układu nerwowego oraz za syntetyzowanie hormonów płciowych.
Objawy psychiatryczne u osób z niedoborem tej witaminy to m.in. problemy z pamięcią, lęki, bezsenność, omamy, ciągłe zmęczenie, zaburzenia koncentracji. Obecnie wielu lekarzy psychiatrów z powodzeniem leczy epizody ciężkiej depresji dużymi dawkami niacyny. Terapia tą witaminą uważana jest za prosty i bezpieczny sposób walki z zaburzeniami psychicznymi.

Naturalne źródła: cielęcina, indyk, kurczak, podroby, jaja, łosoś, makrela, tuńczyk, brokuły, fasola, groch, grzyby, nasiona słonecznika.

Witamina B12 – jest odpowiedzialna za prawidłowe funkcjonowanie układu nerwowego – bierze aktywny udział w biosyntezie nukleotydów oraz choliny wchodzącej w skład osłonki mielinowej, otaczającej włókna nerwowe. Jej obniżone stężenie w organizmie prowadzi do obniżenia nastroju, drażliwości, osłabienia i zaników pamięci, a czasem także do drętwienia i mrowienia w kończynach.

Według Cees van Tiggelen niedobór wit. B12 ma wpływ na działanie kilku neurotransmiterów, czego wynikiem jest obniżony poziom norepinefryny w mózgu.  Norepinefryna jest jednym z najważniejszych neurotransmiterów wpływających na dobre samopoczucie. Wielu psychiatrów podzielających pogląd zakładając, że każda osoba wykazująca stany depresyjne powinna pobierać dodatkowe ilości witaminy B12, a w zaawansowanych stanach nawet w postaci zastrzyków.

Na jej niedobór narażeni się zwłaszcza weganie, ponieważ nie występuje w produktach pochodzenia roślinnego. Bezwzględnie konieczna jest wtedy jej suplementacja.

Naturalne źródła: mięso, ryby, mleko, jaja, sery.

Witamina D – objawem jej niedoboru jest nie tylko krzywica i bóle kostno-mięśniowe. Brytyjskie badanie populacyjne z 2010 roku wykazało, że zbyt niski poziom witaminy D u dorosłych (25(OH)D poniżej 10 ng/mL) silnie wiąże się z występowaniem depresji -niezależnie od wieku, płci, poziomu życia, zdrowia fizycznego i pory roku. Inna publikacja z ośrodka naukowego w Amsterdamie donosi o 14% niższym poziomie witaminy D u osób z objawami depresji, w porównaniu do grupy kontrolnej.

Ze względu na ograniczony dostęp do promieni słonecznych w naszej strefie klimatycznej, większość dietetyków zaleca suplementację witaminą D (zwłaszcza w okresie jesienno-zimowym).

Naturalne źródła: ryby (zwłaszcza węgorz, łosoś, śledź, sardynki i makrela), tran, żółtko jaja, wątróbka, sery.

Magnez – składnik, którego nikomu nie trzeba przedstawiać. Poprawia nastrój, pamięć i koncentrację, jest niezastąpiony w chwilach podwyższonego stresu.

Z licznych przeprowadzonych badań wynika ponadto, że istnieje związek pomiędzy hipomagnezemią, a depresją. Zaobserwowano, że zawartość magnezu w płynie mózgowo-rdzeniowym osób z lekooporną depresją oraz pacjentów którzy próbowali popełnić samobójstwo, była mniejsza niż u osób zdrowych. Także poziom magnezu w tkance mózgowej mierzony przy pomocy spektroskopii rezonansu magnetycznego był obniżony.

Kupując suplementy pamiętajmy, żeby wybierać te, które zawierają dobrze przyswajalne formy magnezu (asparaginian, mleczan lub cytrynian).

Naturalne źródła: kakao, kasza gryczana, fasola, ciemna czekolada, orzechy laskowe, płatki owsiane, ciecierzyca, groch.

Kwasy omega-3 – cenione od lat ze względu na ich znaczący wpływ na zmniejszanie ryzyka chorób sercowo-naczyniowych. Jednak to nie jedyne ich dobroczynne działanie – korzystnie wpływają również na nasze samopoczucie. U osób stosujących suplementację kwasami omega-3 istotne zmniejszenie objawów depresji występuje już po 4 tygodniach codziennego spożywania. Co więcej – kwasy tłuszczowe omega-3 dodane do leków przeciwdepresyjnych mogą istotnie zwiększyć skuteczność tych ostatnich. Za efekt ten ma być odpowiedzialny szczególnie jeden z kwasów: kwas eikozapentaenowy (EPA).

Naturalne źródła: tłuste ryby morskie (zwłaszcza łosoś, dorsz, śledź, sardynka), olej lniany, rzepakowy, olej z pachnotki i z orzechów włoskich.

Gorzka czekolada – bogata w anandamidy (działają euforyzująco, zwiększają odporność na ból – uwalniają się m.in. podczas snu i relaksu), tyraminę, fenyloetyloaminę (te dwie substancje charakteryzują się budową zbliżoną do amfetaminy) i teobrominę (powoduje rozluźnienie mięśni gładkich, działa podobnie do kofeiny, ale pobudza łagodniej i na dłużej).

Wielu ludzi w chwilach obniżonego nastroju sięga po czekoladę, traktując ją nieświadomie i intuicyjnie jako swego rodzaju łatwo dostępne lekarstwo. Z badań naukowców Uniwersytetu Kalifornijskiego przeprowadzonych w 2010 roku wynika, że ludzie spożywają więcej czekolady, kiedy zdradzają nasilone symptomy depresji.

Wyciąg z szafranu – szafran to najdroższa i najszlachetniejsza przyprawa świata, pozyskiwana ręcznie z pręcików krokusa purpurowego (crocus sativus). Badania kliniczne wykazały antydepresyjne działanie szafranu. To nowe odkrycie w medycynie, otwierające pole dla preparatów będących alternatywą dla leków psychotropowych. Substancje zawarte w wyciągu z szafranu wspomagają utrzymanie równowagi emocjonalnej i dobrego nastroju. Wykazują wielokierunkowe działanie na ośrodkowy układ nerwowy, w tym na aktywność dopaminy i serotoniny, co może przyczyniać się do poprawy nastroju.

Dziurawiec – przez naukowców nazywany „naturalnym Prozakiem”. W wielu krajach preparaty na bazie dziurawca są najpowszechniej stosowanym środkiem na obniżone samopoczucie. Substancją aktywną jest w nich hyperycyna, która hamuje wychwyt zwrotny serotoniny i noradrenaliny (czyli – mówiąc prościej – podnosi w naszym mózgu ich stężenie).

Prestiżowy magazyn „British Medical Journal” opublikował wyniki badań nad skutecznością dziurawca jako środka antydepresyjnego. Naukowcy z Uniwersytetu w USA oraz Monachium przeanalizowali wyniki 23 niezależnych badań, przeprowadzonych na 1757 pacjentach, które wykazały, że pod względem skuteczności dziurawiec dorównuje lekom konwencjonalnym. Jednak w przeciwieństwie do ich szerokiego wachlarza skutków ubocznych, dziurawiec nie ma ich prawie wcale.

Ważna informacja: dziurawiec ma działanie fotouczulające – po jego zażyciu skóra staje się bardzo wrażliwa na światło słoneczne. Zioło to wchodzi również w interakcje z wieloma lekami – m.in. benzodiazepinami, antydepresantami (może doprowadzić do tzw. zespołu serotoninowego), lekami stabilizującymi ciśnienie, immunosupresyjnymi i doustnymi preparatami antykoncepcyjnymi. Konieczna jest duża ostrożność i uważne czytanie ulotek.

Gdzie można mnie znaleźć?

Zapraszam Państwa do skorzystania z mojej oferty terapeutycznej. Oferuję nie tylko wsparcie psychodietetyczne, ale również psychologiczne i seksuologiczne. Można znaleźć mnie w Głogówku (woj. opolskie), niedaleko Kędzierzyna-Koźla, Prudnika, Krapkowic i Głubczyc.

http://www.slomka.org/

Pasta Budwig lekiem na wszystko?

Dziś chciałabym się podzielić swoim stosunkowo niedawnym odkryciem, które (mam nadzieję) pozwoli mi – i zainteresowanym czytelnikom – cieszyć się zdrowiem i wigorem przez długie lata. Wszystko za sprawą niezwykłej pasty, która była wynikiem wielu lat badań znakomitej niemieckiej uczonej.

Zacznijmy od naszkicowania sylwetki dr Johanny Budwig. Uzyskała ona tytuł doktora w dwóch dziedzinach: biochemii i w zakresie nauk przyrodniczych. Ukończyła również (z celującymi wynikami) farmację, fizykę, botanikę, biologię i medycynę. Opublikowała 11 książek, a za swoje odkrycia naukowe była aż siedem razy nominowana do Nagrody Nobla.

Prowadziła własną klinikę, w której (dzięki odpowiednio zaordynowanej diecie) aż 90% pacjentów z nowotworami w stanach krytycznych, którym lekarze odebrali już jakiekolwiek nadzieje na przeżycie, zostało wyleczonych. Jej dietetyczna terapia była niezwykle skuteczna także w przypadku innych poważnych schorzeń, takich jak: miażdżyca, artretyzm, astma, wrzody, cukrzyca, stwardnienie rozsiane, stłuszczenie wątroby, depresja, choroba Alzheimera, problemy dermatologiczne, alergie i wiele innych.

Dotychczas w żadnym badaniu nie udało się zakwestionować zdrowotnych walorów diety opracowanej przez niemiecką uczoną, co więcej – kolejne opracowania naukowe dostarczają dowodów na jej skuteczność.

Dr Budwig zmarła w wieku 94 lat, do końca wierna swoim ideałom. Gdyby nie wypadek, jakiemu uległa zimą 2002 roku, być może jeszcze dziś wygłaszałaby swoje fascynujące wykłady.

Zalecenia dietetyczne dr Budwig są stosunkowo proste: należy spożywać dużo świeżych warzyw i owoców, nieoczyszczonych ziaren zbóż, ryb i produktów fermentacji mlekowej (kefiry i jogurty). Zakazane są produkty smażone, tłusty nabiał, rafinowane i uwodornione tłuszcze (oleje, margaryny, majonez) i cukier.

Prawdziwy sekret tkwi jednak w odpowiednio przyrządzonej paście, na którą składają się tylko 2 produkty: nieoczyszczony, tłoczony na zimno olej lniany* i chudy twaróg.

*Olej taki można dostać jedynie w aptekach – musi być przechowywany w lodówce i ma krótki okres ważności (około miesiąca). Przeanalizowałam składy różnych dostępnych olejów i pod względem proporcji kwasów tłuszczowych omega-3 do omega-6 i najlepszy wydaje się ten:olej_lniany_budwigowy

W czym tkwi sekret pasty? Zobaczmy, co pisze na ten temat sama badaczka:

„Labilny atom wodoru grupy tiolowej, w połączeniu z bogatym w energię układem pi-elektronów kwasu cis linolowego lub linolenowego, lub innych wielonienasyconych kwasów tłuszczowych, jest warunkiem utworzenia mostka wodorowego lipoproteiny o podniesionym poziomie energii, co jest niezbędne dla całej wymiany elektronów w żywych komórkach”. (Dr Johanna Budwig „Cancer. The Problem and the Solution”, str. 102)

Okej, to było trudne 😉

Podsumowując – olej lniany (niezwykle bogaty w korzystne kwasy omega-3) i chudy twaróg (źródło białka i siarki, która jest ważnym składnikiem wszystkich tkanek) powinny być spożywane razem – ich synergistyczne działanie sprawia, że w organizmie uruchamiane są korzystne procesy biochemiczne. Pasta białkowo-olejowa jest szybko i efektywnie przyswajana w układzie pokarmowym i inicjuje szereg prozdrowotnych przemian. Ma działanie przeciwnowotworowe, spowalnia starzenie się komórek, hamuje stany zapalne, zmniejsza ryzyko zawału itd.

SPOSÓB PRZYRZĄDZANIA PASTY:

Osoby chore: zmiksować 6-8 łyżek oleju z 12,5 dag (pół kostki) chudego twarogu.

Osoby zdrowe (profilaktycznie): zmiksować 2-4 łyżki oleju i 12,5 dag twarogu.

Oba składniki powinny być miksowane (blenderem z nożykami, a nie klasycznym ubijakiem) przez około 5 minut. Do pasty można dodać trochę jogurtu lub kefiru w celu uzyskania właściwej konsystencji.

Następnie możemy ją spożywać w klasycznej postaci, lub dodać do niej ulubione składniki: owoce, miód, cynamon, szczypiorek, pietruszkę, czosnek lub ziołowe przyprawy. Pasta będzie znakomitym dodatkiem do muesli, sosów, może być także wykorzystywana do smarowania pieczywa. Przechowywana w lodówce – jest zdatna do spożycia przez 48h.

Smacznego 🙂

*Miałam wiele wątpliwości dotyczących zamieszczenia tego artykułu; zdaję sobie sprawę z faktu, że prezentowane w nim treści mogą wydawać się kontrowersyjne i niedorzeczne w świetle współczesnej „tabletkowej” medycyny, jednak po wnikliwym przeanalizowaniu dostępnej literatury oraz optymistycznych wypowiedzi na forach – zdecydowałam się to uczynić. Sama od pewnego czasu skrupulatnie miksuję olej i twaróg i choć nie jestem miłośniczką smaku tradycyjnej pasty – nie odważyłabym się prezentować na swojej stronie zaleceń, których nie przetestowałam najpierw na sobie. Sceptycy mogą potraktować ten artykuł jako swoistą „ciekawostkę przyrodniczą” 😉