Śmiertelnie zdrowa dieta.

Cel jest szlachetny. Zaczyna się od rozmyślań nt. zdrowej diety, układania zbilansowanych jadłospisów, eliminacji szkodliwych produktów…

Ortoreksja (ortho – „prawidłowy”; orexis – „apetyt”) to stosunkowo nowe zaburzenie odżywiania (opisane po raz pierwszy w 1997r.), które charakteryzuje się przykładaniem patologicznej wręcz wagi do tego, aby jadać wyłączenie pokarm, który uznaje się za zdrowy. Osoba cierpiąca na ortoreksję angażuje wiele czasu (nawet kilka godzin dziennie) i energii na dokładne planowanie jadłospisu.

Naczelnym priorytetem ortorektyka jest zachowanie zdrowia. Stopniowo eliminuje on z jadłospisu produkty spożywcze, które zgodnie z najnowszymi nowinkami medycznymi są przedstawiane jako szkodliwe. Z czasem odpowiednia wydaje się już tylko żywność ekologiczna. Ortorektyk nie kieruje się przy tym prawie wcale walorami smakowymi pokarmów – jedzenie ma być zdrowe, a nie apetyczne. Wybór między lodami czekoladowymi a otrębami pszennymi  jest dla niego oczywisty. Każdy posiłek poddawany jest skrupulatnej analizie, a złamanie zasad zdrowego odżywiania rodzi poczucie winy i obawy o zachwianie równowagi organizmu. Zwykle skutkuje to jeszcze bardziej restrykcyjnym doborem produktów.

Osoba cierpiąca na ortoreksję może wykluczać z menu – oczywiście poza słodyczami i przekąskami typu „fast food” – np. drób (bo zawiera antybiotyki i hormony), wędliny (są naszpikowane konserwującymi azotynami), wieprzowinę (może być zakażona pryszczycą), ryby (gromadzą metale ciężkie – głównie rtęć), a nawet warzywa i owoce (są skażone pestycydami). W skrajnych przypadkach taka monotematyczna dieta szybko prowadzi do niedoborów pokarmowych i wyniszczenia organizmu. Proces ten doskonale obrazuje wypowiedź młodej kobiety na jednym z forów dotyczących zdrowego odżywiania:

Mam ortoreksję. Przez długi czas nie zdawałam sobie z tego sprawy. Wyeliminowanie białego chleba, margaryny, smażonych rzeczy było czymś naturalnym, zdrowym. Byłam z siebie taka dumna. Nie odchudzałam się, ale dzięki zdrowemu odżywianiu – schudłam. Wyglądałam lepiej, zdrowiej. Dużo czytałam o toksynach w pożywieniu. Po 2 latach już prawie nic nie jadłam. Wydawało mi się, że wszystko w jakiś sposób jest zainfekowane, szkodliwe. Odsunęłam się od ludzi. Nie mogłam patrzeć jak jedzą te trucizny. Wszystkich dookoła pouczałam, nawracałam. Wtedy wydawało mi się, że wiem więcej. W końcu przeczytałam tony książek i byłam prawdziwym ekspertem od żywienia. Po cichu, prawie niezauważona – przyszła depresja. Dziś się leczę.

Rozkład dnia ortorektyka jest ściśle podporządkowany spożywaniu posiłków. Bywa, że osoba rezygnuje z codziennych aktywności, które zagrażałyby „grafikowi żywienia”. Ortorektyk potrafi spędzać długie godziny w kuchni, piekąc własną wersję bezglutenowego chleba…nawet jeśli wiązałoby się to z koniecznością porzucenia pracy i zaniedbania innych obowiązków.

Znacznemu upośledzeniu ulegają także relacje społeczne – osoba cierpiąca na ortoreksję stopniowo zaczyna wycofywać się z aktywności wiążących się np. z jedzeniem na mieście, czy zasiadaniem przy wspólnym stole podczas rodzinnych uroczystości. Dodatkowo, ortorektycy mogą przejawiać tendencję do pewnego wywyższania się w towarzystwie w kwestiach wiedzy o zdrowym żywieniu, a brak aplauzu ze strony otoczenia owocuje poczuciem niezrozumienia i alienacji.

Ortoreksja – podobnie jak inne zaburzenia odżywiania – ma podłoże psychologiczne. Najczęściej rozwija się u osób wrażliwych, perfekcjonistycznych, które były mocno kontrolowane w dzieciństwie. Skupienie na diecie pozwala im decydować o sobie, demonstrować swoją niezależność. Wszak na terytorium spraw żywieniowych nikt nie ma prawa wstępu; jest to obszar, który można mieć pod absolutną kontrolą. Dla licznego grona ortorektyków wychowywanych w nadopiekuńczych rodzinach wprowadzenie „udziwnień” w jedzeniu jest symbolicznym wyrazem odcięcia się od tradycji, z którymi się nie utożsamiają. Jest to jednak pozorna niezależność, bo zamiast poczucia odpowiedzialności za własne życie ortorektycy wpadają w sidła nowego władcy – obsesji na punkcie zdrowego odżywiania.

Terapia ortoreksji bywa trudna, ponieważ ortorektycy są przekonani o całkowitej słuszności swoich wyborów. Wyleczenie z tego zaburzenia wymaga od psychologa specjalistycznego przygotowania, a terapia ukierunkowana jest na zmianę nawyków i uświadomienie choremu, że jego styl życia przynosi organizmowi szkodę.

Reklamy

Odżywcze transformacje…

…czyli mała ściąga ze zdrowszych zamienników i krótkie uzasadnienie.

Schudnąć można jedząc mniej lub… jedząc lżej. W lewej kolumnie tabeli przedstawiłam produkty, których wartość odżywcza jest wątpliwa lub są prawdziwym siedliskiej pustych kalorii. Warto zapoznać się z listą zdrowszych i lżejszych alternatyw – już małe modyfikacje w menu mogą zainicjować wielką metamorfozę!

tabela

Bomby z (nie tak bardzo) opóźnionym zapłonem.

Dziś kilka wariacji na temat zabójców wymarzonej wagi (i w wielu wypadkach – również zdrowia…) Niektóre z opisanych niżej produktów pewnie będą dużym zaskoczeniem.

Czas zatem przyznać medale 😉

Jeśli chodzi o wartość energetyczną – prym wiodą oczywiście dania typu fast-food. Na szczycie listy plasuje się kebab w bułce (878 kcal/szt.) – żeby go spalić potrzeba przynajmniej 2-godzinnej jazdy na rowerze… Niewiele lepsza jest zapiekanka z pieczarkami i serem (867 kcal/szt.), hamburger tradycyjny (832 kcal/szt.), pizza (740kcal w 2 kawałkach), skrzydełka z KFC (620 kcal/5 szt.), tosty (572 kcal/1 sztuka), tortilla z kurczakiem (530 kcal/szt. – jest to najbardziej kaloryczne danie w ofercie McD!) i frytki (470 kcal/duża porcja).

Jedna bagietka z masłem czosnkowym to aż 557 kcal.

Wśród słonych przekąsek rekordzistami są solone orzeszki ziemne – małe opakowanie (150g.) to prawie 1000 kcal. Mistrzami wagi ciężkiej są też tradycyjne chipsy (524 kcal/100g.). Chipsy pieczone bez tłuszczu są uboższe jedynie o 100 kcal (dla porównania – godzina intensywnych ćwiczeń na siłowni pozwoli nam spalić 1 paczkę…).

Zdradliwe bywają również wędliny. Jedna cienka parówka to aż 171 kcal, a plaster wędzonego boczku – 50 kcal.

Sery także nie należą do produktów, które pomogą nam w walce o tytuł miss fitness. 100g parmezanu to 452 kcal; sera mascarpone – 394, żółtego – 380, gorgonzola – 356, a pleśniowego – 329.

Czym posmarować chleb? Na pewno nie masłem orzechowym ani Nutellą! Jedna łyżka to aż 140 kcal. Te słodkie mazidła przebijają nawet smalec (1 łyżka – 110 kcal).

Wśród dań obiadowych powinniśmy wystrzegać się przede wszystkim placków ziemniaczanych – dwie sztuki to aż 740 kcal! Jeśli dołożymy do nich śmietanę i cukier – ich wartość energetyczna przekroczy 1000 kcal. 10 pierogów ruskich to 872 kcal, jeden placek po węgiersku – 725 kcal, porcja kaszy manny na mleku 2% – 700 kcal, 1 średni filet z piersi kurczaka w panierce – 643 kcal, 2 krokiety z mięsem lub kapustą – 636 kcal, porcja spaghetti lub makaronu ze szpinakiem – 584 kcal, a 5 pyz ziemniaczanych z mięsem bez tłuszczu to ponad 500 kcal (dokładnie tyle spalimy w trakcie godzinnego aerobiku…).

Ciasta i słodycze to rarytasy, które również powinniśmy spożywać w ograniczonych ilościach. Mistrzem kalorycznej perfidii jest kawałek tortu czekoladowego lub kokosowego (650 kcal). Nieco lepiej wygląda sytuacja w przypadku tortu kawowego i orzechowego (1 kawałek – 500 kcal).

Wśród pozostałych wypieków prym wiedzie chałka (866 kcal/sztuka), sernik (592 kcal/kawałek), makowiec (569 kcal), wuzetka (512 kcal), ciasto drożdżowe z owocami (460 kcal) i pączek (420 kcal/szt.). Porcja bitej śmietany z rodzynkami to aż 800 kcal (2 godziny gry w badmintona…)

Jeśli chodzi o słodycze, to w przeliczeniu na 100g. produktu najbardziej niebezpieczne dla naszej wagi są: Rafaello (623 kcal), Ferrero Rocher (573), Kinder Bueno (571), nadziewane pralinki (570), Tiki-Taki (565), batony Kinder Czekolada (564), Duplo (548), wafelki w czekoladzie (545), Michaszki (542), batony 3-bit (530) i Knoppers (528).

Orzechy – choć zaliczane do jednych z najzdrowszych przekąsek – również powinny być zjadane z umiarem. 100g orzechów makadamia to aż 718 kcal! Podobnie wygląda sytuacja w przypadku orzechów piniowych (673), brazylijskich i włoskich (646), orzechów laskowych (628 kcal), ziemnych (603) i pistacji (589). Najmniej kaloryczne są migdały (572) i nerkowce (553).

Wśród napojów prym wiedzie herbatka przyrządzona z granulatu – jedna szklanka to aż 943 kcal (dwie i pół godziny pływania…)! Dla porównania – szklanka tradycyjnej Coca-coli to „jedynie” 101 kcal.

*Średnie dobowe zapotrzebowanie energetyczne wynosi: 2000 kcal dla kobiet; 2500 dla mężczyzn; 1600 kcal dla dzieci 5-letnich (wskaźniki te podlegają wahaniom ze względu na wiek, stan zdrowia i stopień aktywności fizycznej).

Nieudane duety

Wielu z nas w trosce o zdrowie wybiera wysokowartościowe produkty, jednak nie wszyscy mamy świadomość, że ich nieumiejętne połączenie może zaowocować utratą wielu cennych składników pokarmowych, a nawet – powstawaniem związków niebezpiecznych dla organizmu. Przyjrzyjmy się zatem niektórym faktom…

Spożywanie owoców i warzyw bogatych w witaminy A, D, E i K, przy jednoczesnym braku obecności tłuszczu w posiłku zaowocuje ich nieprzyswojeniem przez organizm (witaminy te rozpuszczają się w lipidach).

Zielony ogórek jest siedliskiem askorbinazy – enzymu, który niszczy witaminę C. Utlenia ją na tyle skutecznie, że już parę mililitrów soku z ogórka pozbawi zupełnie witaminy C pięć kilogramów pomidorów. Unikajmy więc łączenia ogórka z warzywami bogatymi w tę witaminę: papryką, pomidorem, kapustą i pietruszką. Nie obawiajmy się natomiast ogórków kiszonych – askorbinaza jest już w nich nieaktywna, co więcej – jedna z bakterii biorących udział w procesie kiszenia wytwarza dużo witaminy C i kiszone ogórki są w nią bardzo bogate.

Liście herbaty zawierają glin, czyli pierwiastek, który przyczynia się do powstania choroby Alzheimera. W samym naparze jest on nieprzyswajalny przez organizm, jednak dodawanie do niego cytryny zmienia nieprzyswajalny glin w łatwo wchłaniany cytrynian glinu… W trosce o swoją pamięć dodajmy więc cytrynę do szklanki wody 🙂

Szpinak – warzywo bogate m.in. w żelazo i witaminy – zawiera również kwas szczawiowy, który w pewnym stopniu jest wchłaniany i odkładany w narządach wewnętrznych. Możemy zapobiec takiemu obrotowi spraw dodając do szpinaku produkty bogate w wapń (jogurt, śmietana, ser). Wapń połączy się z kwasem, zapobiegając jego odłożeniu się. Kwas szczawiowy występuje także w szczawiu (stąd jego nazwa) i rabarbarze.

Nie powinno się łączyć ryb z warzywami zawierającymi goitrogeny (brokuły, kalafior, kapusta, brukselka). Substancje te blokują przyswajanie jodu, który jest cennym składnikiem ryb morskich, odpowiadającym m.in. za właściwe funkcjonowanie tarczycy.

Kontrowersyjny smak kminku sprawia, że jest on przyprawą niechętnie konsumowaną przez wielu z nas. W niektórych przypadkach warto jednak się przełamać, ponieważ kminek poprawia trawienie i skutecznie zapobiega wzdęciom – jego dodawanie do kiszonej kapusty wydaje się więc jak najbardziej uzasadnione…

Jogurty, maślanki i kefiry słyną ze swego dobroczynnego oddziaływania na bakterie flory jelitowej (regulują wypróżnienia, zapobiegają wzdęciom itd). Tracą jednak te właściwości po ogrzaniu (gdy np. dodajemy jogurt do gotującej się zupy), bo wysoka temperatura zabija małe organizmy, które odpowiadają za ich korzystne działanie.

Szałwia (w postaci naparu) z bardzo dobrym skutkiem wykorzystywana jest w leczeniu chorób jamy ustnej: zapalenia dziąseł, stanów zapalnych błon śluzowych i gardła (działa odkażająco i ściągająco). Napar z szałwii nie powinien jednak być połykany, ponieważ zioło to zawiera neurotoksyczny związek o nazwie tujon. W dużych dawkach może prowadzić do otępienia, a także wykazywać działanie poronne, wymiotne, powodować bóle brzucha, przyspieszone bicie serca i utratę przytomności.

Jednym z najcenniejszych składników czerwonego mięsa jest żelazo (słynące ze swego dobroczynnego działania na układ krwionośny). Natomiast garbniki zawarte m.in. w winie i herbacie ograniczają wchłanianie tego pierwiastka w przewodzie pokarmowym.

Częste spożywanie pomidorów z produktami nabiałowymi (np. z twarogiem), może doprowadzić do bolesnej choroby stawów. Zawarte w pomidorach kwasy (cytrynowy, jabłkowy, chlorogenowy i kumarynowy), łączą się z wapniem tworząc nierozpuszczalne kryształki, które odkładają się w stawach i doprowadzają do powstania stanów zapalnych wywołujących silne bóle.

Zalewanie kawy i herbaty wrzątkiem skutkuje zniszczeniem wielu cennych składników odżywczych. Najbardziej odpowiednia temperatura do ich zaparzania to 75 (w przypadku białej i zielonej herbaty) do 90 stopni Celsjusza (kawa).

Podobnie wygląda sytuacja w przypadku miodu – dodawanie go do gorącej herbaty nie ma większego sensu, gdyż traci swoje właściwości już w temperaturze powyżej 40 stopni. Znajomy pszczelarz zdradził mi, że kiedy będziemy w stanie utrzymać szklankę w dłoniach bez uczucia dyskomfortu – oznacza to, że możemy już osłodzić ją miodem bez obaw o jego wartości odżywcze.

Polacy systematycznie spożywają niedostateczne ilości wapnia – jest to jeden z nielicznych składników, który powinien być uzupełniany suplementami. Jednakże łykanie pastylek i popijanie ich wodą nie załatwi sprawy, ponieważ do wchłonięcia i wykorzystania wapnia konieczna jest obecność witaminy D – ta zaś rozpuszcza się tylko w tłuszczach. Sięgając po tabletkę zadbajmy więc, by wkrótce przed/po jej zażyciu skonsumować produkt bogaty w wit.D i tłuszcz (ryby, jajka, masło, ser, mleko).

Na zdrowie!

Obsesja kontroli, czyli anoreksja i jej siostry.

Kornelia przy wzroście 175 cm waży 42 kg. Od kilku lat stosuje bardzo restrykcyjną dietę i uprawia wyczerpujące ćwiczenia fizyczne. Wciąż uważa, że jest za gruba, więc wyznacza sobie coraz ambitniejsze cele. Zdarza jej się zażywać środki przeczyszczające po zjedzeniu ćwiartki pomarańczy. Pomimo nasilających się problemów ze zdrowiem, jest dumna, że potrafi „utrzymać swoje ciało i apetyt w ryzach”.

Kornelia cierpi na anoreksję – jedno z najbardziej wyniszczających zaburzeń odżywiania, które przejawia się m.in. drastycznym spadkiem masy ciała i intensywnym lękiem przed przybraniem na wadze.

Kamil spędza każdą wolną chwilę w siłowni. Szczegółowo rozpisał sobie plan ćwiczeń i wysokobiałkowych posiłków, a gdy nie może aktualnie trenować  – czyta magazyny kulturystyczne. Wie niemal wszystko na temat odżywek wspomagających przyrost masy mięśniowej, a ostatnio zainteresował się tematyką nielegalnych dopingów sterydowych.

Kamil choruje na bigoreksię – obsesję na punkcie muskularnego ciała, której towarzyszy uczucie posiadania niewystarczającej masy mięśniowej.  Bigorektycy mają tendencję do wmawiania sobie, że są zbyt szczupli, ciągle porównują się z innymi i często zaniedbują rodzinę i pracę na rzecz treningów.

Barbara – odkąd pamięta – jest na diecie. Przerobiła już wszystkie jadłospisy, jakie udało jej się znaleźć w prasie i Internecie, szczegółowo zna tabele kaloryczne, potrafi z pamięci odtworzyć wiele przepisów na niskokaloryczne dania. Choć nie ma nadwagi – czuje, że nie potrafi normalnie jeść.

Barbara cierpi na permareksję, czyli uzależnienie od bycia na diecie. Celem stosowania rozmaitych restrykcji żywieniowych nie zawsze jest dążenie do redukcji masy ciała, gdyż dla części permarektyków samo „bycie na diecie” jest nagradzające.

Maria jest w 7 miesiącu ciąży i nie potrafi zaakceptować zmian, jakie dokonują się w jej ciele. Z tego względu ograniczyła o połowę ilość spożywanych kalorii, a jeśli to nie przyniesie skutku, przejdzie na bardziej restrykcyjną dietę, którą uzupełni ćwiczeniami fizycznymi. Wie, że takie zachowanie nie będzie dobre dla jej nienarodzonego jeszcze dziecka, ale nie potrafi już patrzeć w lustro bez obrzydzenia.

Maria cierpi na pregoreksję – odmianę anoreksji występującą u kobiet w ciąży, która stanowi poważne zagrożenie dla zdrowia i życia płodu. Może skutkować m.in. poronieniem, przedwczesnym porodem i nieprawidłowościami w rozwoju psychofizycznym dziecka.

Anna od kilku lat interesuje się zdrowym odżywianiem. Szczegółowo analizuje etykiety na produktach żywnościowych, przez co jej zakupy wydłużają się do kilku godzin. Każdy dzień zaczyna od dokładnego rozpisania poszczególnych posiłków i przeanalizowania ich pod względem zawartości witamin i mikroelementów. Anna nie jada żadnych posiłków „niewiadomego” pochodzenia – przekąska na mieście nie wchodzi w rachubę, a gdy odwiedza znajomych – szczegółowo wypytuje o skład każdej potrawy, zanim włoży do ust pierwszego kęsa.

Zaburzenie, które dotknęło Annę to ortoreksja – obsesja na punkcie zdrowego odżywiania. Charakteryzuje się m.in.: precyzyjnym planowaniem każdego posiłku, studiowaniem czasopism dotyczących zdrowej żywności, stopniową eliminacją produktów, które nie spełniają określonych kryteriów i jedzeniem raczej z poczucia obowiązku, a nie dla przyjemności.

Katarzyna za miesiąc wychodzi za mąż. Choć nie ma problemów z masą ciała – obiecała sobie, że na swoim ślubie będzie wyglądać olśniewająco. Zamówiła więc suknię w mniejszym rozmiarze, a od kilkunastu dni spożywa jedynie warzywa i owoce, które obficie popija wodą. Na 10 dni przed ślubem zamierza przejść na całkowitą głodówkę, by „zbić” jeszcze 2-3 kilogramy.

Katarzyna cierpi na brideoreksję, czyli zaburzenie dotykające przyszłe panny młode, które na swoim ślubie chcą wyglądać nieskazitelnie, co w ich przypadku oznacza: szczupło. Brideorektyczki w tym celu stosują często bardzo drastyczne i niebezpieczne metody: głodówki, zażywanie środków przeczyszczających i wymiotowanie po posiłkach.

Monika od 2 lat interesuje się zdrowym stylem życia – jest stałą bywalczynią klubów fitness, dba o zbilansowaną dietę, regularnie uczęszcza do masażysty. Wydaje wiele pieniędzy na drogie kremy i balsamy ujędrniające do ciała. Trenuje nawet wtedy, gdy jest przeziębiona lub wyczerpana pracą. Nie wyobraża sobie sytuacji, w której musiałaby zaprzestać ćwiczeń.

Zaburzenie, z którym zmaga się Monika to vigoreksja, czyli obsesyjne dbanie o wysportowane, szczupłe i jędrne ciało.

Andrzej zawsze uważał, że jest zbyt szczupły. Już w podstawówce dzieci naśmiewały się z jego wątłej budowy ciała i nazywały „patykiem”. Ostatnio postanowił wziąć się za siebie. Od kilku miesięcy prawie dwukrotnie zwiększył liczbę spożywanych kalorii, jest częstym gościem fast-foodów, zdarza mu się opychać na noc słodyczami – wszystko w imię zyskania większych gabarytów. Stara się też ćwiczyć na siłowni, by zyskać na wadze dzięki rozrostowi tkanki mięśniowej. Przytył już prawie 10 kilogramów.

Andrzej cierpi na megareksję, czyli obsesję na punkcie zwiększenia masy ciała. Megarektycy często objadają się wysokokalorycznymi produktami, co owocuje szybkim przybraniem na wadze, które jednakże wynika nie z rozrostu tkanki mięśniowej, a tłuszczowej.

Zofia bardzo ogranicza ilość spożywanych w ciągu dnia kalorii, by móc pozwolić sobie na wypicie większej ilości alkoholu podczas spotkań ze znajomymi. Prowadzi bardzo intensywne życie towarzyskie i chce spożywać wysokokaloryczne drinki bez poczucia winy i groźby zyskania dodatkowych kilogramów.  Dziś wybiera się na urodziny najlepszej przyjaciółki. Do godziny 14:00 zjadła jedynie pół jabłka i jogurt naturalny, a z jej obliczeń wynika, że do wieczora może pozwolić sobie jedynie na kromkę pełnoziarnistego pieczywa.

Zaburzenie, z jakim zmaga się Zofia to alkoreksja. Polega ona na ograniczaniu dziennego spożycia kalorii, by móc pozwolić sobie na wypicie większej ilości alkoholu. Zaburzenie to jest bardzo niebezpieczne i może doprowadzić zarówno do rozwoju pełnoobjawowej anoreksji, jak i uzależnienia od alkoholu.

Choć obraz opisanych powyżej zaburzeń wydaje się krańcowo różny – wszystkie z nich posiadają wspólny mianownik. Należą one do specyficznych „reksji”, czyli zaburzeń,  których nadrzędną cechą jest dążenie do kontrolowania własnego ciała i kształtowania go według swoich zamierzeń. Dopóki opisane wyżej zachowania nie stanowią zagrożenia dla zdrowia i nie zakłócają codziennego życia – można je traktować jako specyficzne hobby, przejaw silnej woli czy samodyscypliny. Problem pojawia się wtedy, gdy ich forma lub nasilenie wymykają się spod kontroli, a dbałość o wizerunek własnego ciała staje się najważniejszą wartością w życiu…

Śniadanie – klucz do sukcesu?

Któż z nas nie słyszał powiedzenia „śniadanie jak król, obiad jak sługa, kolacja jak żebrak”…? Niemal na każdym kroku można spotkać się z twierdzeniem, że śniadanie jest najważniejszym posiłkiem dnia. Ale czy tak naprawdę zastanawialiśmy się, dlaczego?

Wyobraźmy sobie, co dzieje się z naszym organizmem po wielu godzinach snu… Ciało – pozbawione przed dłuższy czas dostępu do składników odżywczych z jedzenia – zaczyna oszczędzać energię, przełączając się na „tryb przetrwania”, ponieważ nie wie, kiedy tak naprawdę dostarczymy mu kolejnej porcji pożywienia.

Taki „tryb oszczędzania” będzie utrzymywany aż do momentu, w którym zjemy śniadanie – wtedy damy swojemu ciału do zrozumienia, że jedzenia jest pod dostatkiem i może podkręcić metabolizm. Właśnie dlatego osoby, które regularnie jadają śniadania – spalają większą ilość kalorii, mają więcej energii i lepsze samopoczucie. Nie muszą też martwić się, że poranny posiłek zaszkodzi ich wadze. Po kilku godzinach nocnej głodówki organizm skrupulatnie wykorzysta dostarczone kalorie i substancje pokarmowe na pokrycie poniesionych w nocy strat.

Zastanówmy się teraz, co zadzieje się z naszym ciałem, gdy mimo wszystko będziemy kontynuować dzień z pustym żołądkiem. Przede wszystkim – nie damy organizmowi bodźca do tego, by mógł wyjść z „trybu oszczędzania”, więc tempo metabolizmu będzie systematycznie spadać. Niski poziom glukozy we krwi zaowocuje fizycznym osłabieniem i pogorszeniem koncentracji. W pustym żołądku dojdzie do nadmiernego wydzielania kwasów, co podrażni śluzówkę i może stać się przyczyną wrzodów. W pewnym momencie nasze ciało tak silnie zacznie domagać się pokarmu, że sięgniemy po posiłek, który niekoniecznie będzie dla nas najzdrowszy, ale pozwoli szybko i skutecznie zaspokoić głód (zwykle jest to coś słodkiego i tłustego – pączek, rogalik z czekoladą, baton…). Takie pożywienie prowadzi do gwałtownego wzrostu poziomu glukozy we krwi, jednakże po niedługim czasie powoduje także gwałtowny jej spadek, co oznacza kolejny napad wilczego apetytu (jest to tzw. huśtawka glikemiczna). I tak koło się zamyka… Na niedomiar złego – wiele z tych przyswojonych kalorii organizm zmagazynuje w postaci tkanki tłuszczowej, gdyż będzie ukierunkowany na „robienie zapasów”, zamiast na bieżąco zużywać energię.

W tym momencie warto przytoczyć wyniki ciekawego eksperymentu, przeprowadzonego przez amerykańskich naukowców. Podzielili oni badanych na 2 grupy, z których obie spożywały dokładnie tyle pożywienia, ile wystarczało, by pokryć ich zapotrzebowanie energetyczne. Pierwsza grupa zjadała całą swoją porcję kalorii rano (w postaci obfitego śniadania), zaś druga – wieczorem. Jak się okazało – badani z grupy „porannej” stracili na wadze; zaś osoby, które jadały wieczorami – zyskały dodatkowe kilogramy. Klucz do rozwiązania tej zagadki nie tkwi więc w ilości spożytych kalorii, ale w ich rozsądnym rozdzieleniu na poszczególne posiłki. Im wcześniej jemy, tym bardziej organizm nastawiony jest na spalanie dostarczonej mu energii, natomiast im później –  tym większa tendencja do magazynowania, a więc do odkładania tkanki tłuszczowej.

W teorii wszystko wygląda klarownie, jednakże jak się okazuje – co piąty Polak nie je śniadań. Większość z nich argumentuje swoje postępowanie faktem, że rano nie odczuwają głodu i nie potrafią zmusić się do jedzenia. Jest to jak najbardziej zrozumiałe – wiele osób funduje sobie obfitą kolację, która ledwie nadtrawiona przez uśpione organy zalega godzinami w wilgotnym i ciepłym przewodzie pokarmowym, a bakterie powodują jej fermentację i gnicie, co prowadzi do wzdęć i uczucia pełności… Nie brzmi apetycznie, prawda? Ale utrwalone nawyki żywieniowe dają o sobie znać i stają się skuteczną blokadą. Warto jednak ją przełamać, bo już po ok. dwóch tygodniach regularnego jedzenia śniadań organizm przywyknie do nowych zwyczajów – znów rankiem powróci apetyt, a zmniejszy się odczucie głodu wieczorem.

Jeśli mimo wszystko nie potraficie zmusić się do zjedzenia tradycyjnego śniadania, ponieważ czujecie, że rano nic nie przejdzie Wam przez gardło – możecie przygotować smaczny koktajl na bazie mleka/jogurtu, świeżych owoców, ziaren zbóż i orzechów. Taki posiłek nie tylko łatwiej będzie skonsumować, ale również zapewni on energię na długie godziny. A z każdym kolejnym dniem będzie łatwiej…

Smacznego!

Podwójny ciężar nadwagi… czyli kilka słów o dyskryminacji.

Kamila przez kilkanaście miesięcy bezskutecznie poszukiwała pracy. Pomimo wysokich kwalifikacji, starania o wymarzoną posadę zazwyczaj kończyły się na etapie rozmowy kwalifikacyjnej. Pewnego dnia, spacerując po mieście, Kamila zauważyła na drzwiach sklepu odzieżowego małą karteczkę: „zatrudnimy sprzedawcę”. Kobieta wstąpiła do środka, aby zapytać o szczegóły oferty. Pracodawca zmierzył ją wzrokiem i  oznajmił, że oferta jest już nieaktualna – demonstracyjnie odrywając kartkę z szyby. Kilka dni później Kamila przechodziła obok tego samego sklepu, a jej oczom ukazał się napis: „zatrudnimy sprzedawcę o miłej aparycji”…

Stygmatyzowanie osób otyłych jest powszechne. Traktuje się je inaczej w restauracjach, sklepach, gabinetach lekarskich, w potencjalnych miejscach pracy. Niewybredne komentarze, porozumiewawcze spojrzenia, ironiczne uśmiechy, przykre uwagi – to codzienność dla wielu osób zmagających się z nadmierną tuszą.

Stereotypowe myślenie o osobie otyłej zawiera w sobie wiele pejoratywnych określeń: „zaniedbany, niechlujny, leniwy, głupi, niezdyscyplinowany…” Wszystkie te przymiotniki są bardzo krzywdzące i często nieprawdziwe.

Niestety – zjawisko rozpowszechniania się negatywnych uprzedzeń i stygmatyzacji potwierdzają nie tylko osoby z nadwagą, ale również wyniki badań naukowych. Przyjrzyjmy się zatem niektórym doniesieniom.

Jedno z nich wskazuje na fakt, że otyłe osoby starające się o pracę są spostrzegane jako ludzie o niższych kwalifikacjach, pomimo posiadania identycznych kwalifikacji jak osoby szczupłe. Co więcej, otyli pracownicy są oceniani jako mniej punktualni, mniej entuzjastyczni w stosunku do wykonywanych obowiązków zawodowych, mający gorsze maniery oraz mniej warci zaufania – pomimo braku obiektywnych różnic w tym zakresie!

Szefowie zdają się więc zapominać o uwarunkowaniach genetycznych i licznych schorzeniach prowadzących do nadwagi, zaś kierują się stereotypami, które często dyskryminują wartościowych pracowników.

Otyłe osoby muszą zmagać się z uprzedzeniami nie tylko w pracy, ale również na co dzień. Często stają się przedmiotem subtelnej i „zawoalowanej” dyskryminacji – ludzie rzadziej się do nich uśmiechają i nawiązują kontakt wzrokowy, mniej chętnie oferują pomoc i wsparcie, zaś częściej zachowują się wobec nich nieuprzejmie.

Na forach internetowych aż roi się od ordynarnych wypowiedzi osób, które jawnie komunikują swoją niechęć do osób otyłych – pozwólcie, że przytoczę jeden przykładowy cytat: „Czemu mamy takie wielkie społeczne przyzwolenie dla otyłości? (…) Otyłość jest jednoznacznie kojarzącym się dowodem braku samokontroli i silnej woli, braku aktywności, lenistwa, braku samokrytyki i zachłanności. Oczywiście żaden grubas nie przyzna się do obżarstwa. Wszyscy mają problemy z tarczycą albo „są grubokościści po babci i mają wolną przemianę materii”. Owszem, może tacy są ale ludzie, nie dajmy sobie nasrać do głowy, większość z nich pochłania jak prosiaki. Dla mnie osobiście otyłość jest czymś absolutnie obrzydliwym.”

Wypowiedź ta obrazuje, jak duża jest skala problemu dyskryminacji, a jednocześnie – jak mała i wątpliwa wiedza społeczeństwa na temat uwarunkowań problemów z utrzymaniem prawidłowej masy ciała.

Naszym wspólnym celem powinna być walka z otyłością – nie zaś z osobą otyłą – więc zastanówmy się, czy wyżej wymienione zachowania pozwolą nam przybliżyć się do tego celu…